niedziela, 8 listopada 2015

Sushi Socks Box !






 Uwielbiamy dni kiedy odwiedza nas kurier lub listonosz. Hmmm. Właściwie kto tego nie lubi?  Tym razem dostarczono Nam przesyłkę z sushi boxami. Mniaaaam kocham sushi. A najlepsze jakie jadłam zrobiła mi w 9 miesiącu ciąży moja siostra Lu! Spełniła moja zachciankę! Rozmarzyłam się aż ślina zebrała się w ustach. Dzisiejszy wpis będzie o sushi, jednak niezupełnie. Boxy, które do nas trafiły kryją w sobie uwaga uwaga!  SKARPETKI !! Na pierwszy rzut oka widzimy zwyczajny standardowy boxik ze smakołykami japońskimi. Jednak po rozpakowaniu okazuje sie ze są to mega skarpetki wzorowane na kawałkach sushi.




 W pudełeczkach znajdziecie nigiri z tuńczyka i łososia, maki  sushi z ogórkiem, rzepą i tuńczykiem, omlet tamago i różne inne. A wszystko to nic innego tylko skarpeciochy!  Dostępnych jest kilka rozmiarów. Miedzy innymi dziecięce, damskie, męskie. Każdy kto ceni sobie dobra jakość skarpetek, lubi kiedy jego stopa oddycha a jednocześnie świetnie wygląda musi je mieć! Jeśli jednak ktoś nie zwraca uwagi na to co zakłada na stopy a jest fanem i smakoszem sushi też nie może przejść obojętnie obok takiego gadżetu. Producent zapewnia że "socksy produkowane są z wysokiej jakości bawełny czesanej  pochodzącej głównie z Indii i Niemiec. Bawełna używana do produkcji Sushi socksów posiada certyfikat Oeko Tex który jest wiodącym w świecie znakiem bezpieczeństwa wyrobów włókienniczych. Bawełna jest materiałem naturalnym pochodzenia roślinnego, jej cechą jest przepuszczalność powietrza dzięki czemu skóra stopy swobodnie oddycha, a właściwości cieplno-izolacyjne bawełny są najlepsze ze wszystkich włókien pochodzenia roślinnego . Sushi socksy wyprodukowane są według najwyższych standardów przyjętych w procesie  produkcji skarpet, posiadają nie uciskający ściągacz oraz płaski szew Rosso co powoduje uczucie komfortu w noszeniu i gwarantuje wysoką jakość produktu."  Przeciętnemu człowiekowi nic nie mówi szew Rosso czy certyfikat Oeko Tex (chociaż zachęcam do zapoznania się przynajmniej z tym drugim)  ale jedno jest pewne: skarpetki rzeczywiście pozwalają stopom oddychać i czuć się jak okryte co najmniej jedwabiem.  Nie przesadzam! Należę do grupy ludzi która na punkcie dobrych jakościowo skarpetek ma bzika. A już totalnie  zgłupiałam jeśli chodzi o temat skarpetek dla Klary. Jej stopki już od urodzenia bardzo często się pociły a zwłaszcza kiedy zdarzyło się, że założyłam jej przypadkowe, zazwyczaj nie kupione przeze mnie lub kupione pod wpływem zachwytu nad ciekawym wzorem skarpetki. Po kilku odparzeniach spowodowanych brakiem jakiejkolwiek wentylacji zwracam szczególną uwagę na to co zakładam mojemu dziecku na stopki. Skarpetki z sushi boxa idealnie spełniają moje oczekiwania, nie mam do czego się przyczepić. Prezentują się niesamowicie, są oryginalne, nietuzinkowe,  jedyne w swoim rodzaju a jednocześnie pozwalają skórze oddychać i zwyczajnie czuć się swobodnie i dobrze.  

Te japońskie wspaniałości produkowane w Łowiczu zakupić można online na stronie jemsushi.pl . Grupa młodych miłośników sushi perfekcyjnie opracowała każdy szczegół kolorowego boxa. Po pierwsze, skarpetki pakowane są w tradycyjne opakowanie, w którym sprzedaje się sushi. Po drugie, skarpetki do złudzenia przypominające kawałki sushi są złożone i zwinięte w taki sposób aby w całości komponowały się w pięknie podane japońskie danie. Po trzecie, po rozwinięciu każda skarpetka przestawia fakturę i kolor danej ryby. Ot cały zachwycający sekret!

Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się więcej na temat sushi, gadżetów sushi etc zapraszam na profil na facebooku sushisocksboxjemsushi i profil na instagramie @sushisocksbox .

Zdjęcia zostały wykonane przez Lycynę Prokopczuk- Radtke .

Pozdrawiamy Was ciepło (bo w skarpetkach) !

czwartek, 5 listopada 2015

klarova czapa.



Wracamy dziś do Was z nowością, która zagościła w naszej szafie. Zima zbliża się wielkimi krokami, chłodne dni to już norma. Czas zaopatrzyć się w coś cieplejszego niż czapki i kominy z tak zwanej dresówki. Zarówno w swojej jak i w Klary garderobie lubię stonowane kolory. Beże, brązy,  szarości. Zwłaszcza jeśli chodzi o dodatki. Kiedy zakładamy wzorzyste górne części garderoby lub spodnie automatycznie rezygnujemy z wzorzystej czapki i szaliczka. Szary jest najbardziej moim zadaniem uniwersalnym kolorem, dlatego czapę, o której piszę właśnie w tym kolorze wybrałam.

Nasze nowe nakrycie głowy zostało wykonane z wysokiej jakości grubej włóczki.  Na zdjęciach tego nie widać, jednak uwierzcie mi na słowo,  czapka jest milutka, miękka i przyjemna w dotyku. Udziergano ją  bardzo ciekawym ściegiem. Całość prezentuje się bardzo oryginalnie. Czapeczka zrobiona jest bardzo przemyślanie i wydaje mi się, że Klara ponosi ją co najmniej 3 lata. Tej jesieni i zimy kiedy jej główka jest jeszcze mała  czapa ułoży się w tak zwana beanie, a w następnych sezonach będzie wypełniać się coraz bardziej. Moja cicha nadzieja jest taka, żeby Klara nigdy z niej nie wyrosła. Haha. Sama z chęcią założyłabym ją na swoją głowę.

Od jakiegoś czasu zauważyć można nową modę na spersonalizowane rzeczy. Zwłaszcza dla dzieci. Imię pociechy wyszywa się na ręcznikach, poduszkach, szalikach, bucikach, właściwie na wszystkim na czym się da. Przyznaję, że ta moda i mnie się udzieliła.  Zwłaszcza, że jestem trzecią z kolei córka.  Każdy kto ma starsze rodzeństwo wie o czym mówię.  Nieuniknione było dziedziczenie rzeczy po starszej siostrze, takie czasy, taki zwyczaj. Nie żeby to było coś złego,  ale kiedy dziś wszystko jest tak łatwo dostępne i wcale nie kosztuje dużo możemy pozwolić sobie na kupno rzeczy  tylko i wyłącznie dla naszego maleństwa.  Klara ze spersonalizowanych rzeczy ma tylko śliniaczek i właśnie tą czapkę.  Wystarczy.

Naszywka, którą ma nasza czapa wykonana jest bardzo precyzyjnie. Kolor czarny i biały idealnie komponują się z szarą włóczką. Na naszywce nadrukowano bardzo ciekawą czcionką imię Klara.

Niby zwykła czapka, a jednak skradła moje serce.

Kochani, takie i inne spersonalizowane cuda możecie zamówić na profilu instagramowym u byowl_ , na facebook'u dooperelle oraz na portalu dawanda ByOwl .

Zdjęcia zostały wykonane przez Lucynę Prokopczuk-Radtke .

Pozdrawiamy i przytulamy!






wtorek, 20 października 2015

Robimisie, Różnimisie.



Od kilku dni przymierzałam się do wpisu o tematyce książeczek dla dzieci. Początkowo chciałam skupić się na książeczkach kontrastowych i ich znaczeniu w rozwoju dziecka ale w naszym małym zbiorze pojawiły się ciekawe innego rodzaju książeczki. Dzisiejszy wpis chciałabym poświecić tym drugim, a książeczkom kontrastowym przyjrzeć się szerzej następnym razem.

Jakiś czas temu na Instagramie rzuciły mi się w oczy książeczki "Różnimisie" i "Robimisie". Początkowo nie byłam do nich przekonana, ponieważ ich cena była znacznie wyższa niż typowych książeczek dla dzieci. Nie wiedziałam też do końca jakie jest wykonanie i dokładna zawartość owych książek. Przypadkiem przed zajęciami sensorycznymi, w księgarence w Cafe Bajarka zauważyłam te książeczki na regale. Obejrzałam je pobieżnie gdyż zajęcia już się zaczynały. Na pierwszy rzut oka wydały mi się warte uwagi i 23 złotych.

Po powrocie do domu znalazłam misiowe książki na allegro. Twarda okładka, 24 kolorowe strony, autorka niewiele mi mówiła.  Znalazłam tańszą opcję za około 17 zł. Zamówiłam. Książęczki po kilku dniach do nas dotarły.

Klara zachwycona. Przy przekładaniu każdej strony śmiała się w głos. Zarówno jej jak i mnie bardziej do gustu przypadła książeczka "Robimisie". Klarze na pewno ze względu na kolorowe strony i uśmiechnięte misie, a mnie ze względu na zawartość. Książeczka ma za zadanie w ciekawy i przyjemny sposób zapoznać dzieci z 26 zawodami zarówno w damskim jak i męskim wydaniu. Naprawdę te ilustracje są bardzo sympatyczne. Niestety druga książeczka "Różnimisie" bardzo mnie rozczarowała. Oczywiście ilustracje są równie ciekawe, kolorowe i oryginalne jednak znalazły się 2 strony, które moim zdaniem nie powinny się tam znaleźć. Ta książeczka  ma pomóc dziecku zrozumieć i nazwać  kilkanaście podstawowych przeciwieństw. Super sprawa! ALE... Moim zdaniem przeciwieństwo chudy - gruby oraz młody - stary jest zbędne a wręcz nie na miejscu. Moje dziecko na pewno jeszcze tego nie rozumie, ale starsze dzieci niestety już tak.

Pokazując im tego typu rzeczy uczymy je uprzedzenia, braku tolerancji i powierzchownego oceniania ludzi, a także popychamy je do niskiej samooceny w przyszłości jak i zaniżonego poczucia własnej wartości. Dziecko nie wie, że określenie gruby czy stary jest w przypadku określenia człowieka negatywne. Oglądając taką książeczkę utwierdzi się w przekonaniu, że te przymiotniki są równie akceptowalne jak mądry czy najedzony. W dzisiejszych czasach dzieci powinno się otaczać nie tylko miłością ale też akceptacją. Niestety każde dziecko samo może kiedyś mieć problem z otyłością, gdyż jest to poważny cywilizacyjny problem. Dzieci każdego dnia spotykają na swej drodze zarówno "grube wersje człowieka" jak i "piękne ideały". Codziennie musimy utwierdzać je w tym, że każdy z tych ludzi na swój sposób jest taki sam i nigdy nie należy go oceniać ze względu na wygląd, a w późniejszym etapie odtrącać. To samo dotyczy określania "stary" . Myślę, że nad tą kwestią nie ma sensu się rozpisywać, ponieważ każdy doskonale wie o co chodzi i co go czeka. To nieunikniony przystanek na którym w pewnym momencie naszego życia musimy wysiąść.

Spójrzmy na ten temat od strony nauki gramatyki. Aby dziecko nauczyło się władać językiem ojczystym stopniowo poznać musi jego cały zasób. Rzeczowniki, czasowniki, przymiotniki, przysłówki, partykuły i inne części mowy. Oczywiście początkowo najlepiej uczyć dziecko konkretnych przykładów. Dlatego obok przedstawianych słów widnieją ilustracje. Dlaczego obok przymiotnika gruby czy stary widnieć ma człowiek (czy w przypadku omawianej książeczki - miś) który wygląda "inaczej" ? Czy obok słowa stary nie można umieścić np zniszczonego buta czy zardzewiałego wraku auta? Albo czy obok przymiotnika gruby nie można narysować wyrośniętego ciasta czy ciepłych wełnianych skarpetek? Owszem dla uczących się dopiero dzieci może to być o wiele bardziej skomplikowane i cięższe do zrozumienia ale na pewno nie zakłóci to długiego procesu, który ostatecznie zrobi z dzieci erudytów!

Pozdrawiamy Was i życzymy samych przyjemnych lektur! :)

czwartek, 8 października 2015

Ciasteczkowo part 2 !

Wczorajsza wersja ciasteczek nie zadowalała mnie nawet w 60  procentach dlatego dziś zmieniłam przepis po swojemu. Ciasteczka ryżowe stały się ciasteczkami kukurydziano - ryżowymi. Klara jeszcze ma drzemkę i nie miała okazji posmakować nowego wyrobu mamy jednak skromnie muszę przyznać, że wyszły pyszne!

Nowy przepis
  • 2 białka
  • 2 żółtka
  • 1/4 szklanki mąki ryżowej
  • 1/4 szklanki mąki kukurydzianej
  • 1 łyżka jogurtu naturalnego bez laktozy (np łowicz)
  • syrop klonowy według uznania 

Białka ubijamy na sztywną pianę, dodajemy  do niej żółtka delikatnie mieszając łyżką. Do powstałej piany dodajemy mąkę a następnie jogurt. Dosładzamy według uznania syropem klonowym. Uformowane ciasteczka (ja użyłam woreczka foliowego z odciętym rogiem) wyłożone na papierze do pieczenia wkładamy do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika na około 10 minut.

Voila!
Życzymy udanego wypieku i smacznego!





środa, 7 października 2015

Ciasteczkowo!


Witamy po małej przerwie. Rozpoczęcie roku akademickiego i rzeczy z tym związane niestety nie pozwoliły mi  wcześniej na nowy wpis. Korzystam więc z trzeciej już drzemki mojego dziecia i piszę.

 Dziś wyjątkowo nie mama była na zajęciach a córka.  Właściwe byłyśmy tam razem ale zajęcia  przeznaczone były dla niej. Moja siostra jakiś czas temu opowiedziała mi o ciekawej metodzie nauki języka angielskiego.  Naukę tą można rozpocząć już w wieku kilku miesięcy a nawet tuż po narodzinach. Jest to metoda Helen Doron. Dziś udałyśmy się na zajęcia próbne prowadzone według tej metody.  Szczerze mówiąc bardzo nam się podobało.  Klara była zadowolona, cały czas uśmiechnięta,  aktywna, zwracała uwagę na zaczepki prowadzącej i chętnie uczestniczyła w zabawach. Nawet jeśli nie zdecydujemy się na kontynuowanie zajęć będziemy w podobny sposób szkolić się w domku. Niestety godzina nie bardzo nam odpowiada a zmiana nie jest brana pod uwagę. Raczej plan zajęć Klary jeszcze w tym miesiącu nie ulegnie zmianie i ograniczymy się do poniedziałkowych zajęć sensorycznych w Cafe Bajarka.

Po powrocie do domu zabrałam się za pieczenie ciasteczek dla mojej królewny.  Przepisu zaczerpnęłam z internetu i wydaje mi się że będę musiała go odrobinkę zmienić.  Ciasteczka wyszły troszkę twarde ale mimo to smakowały Klarze niesamowicie.  Zajęła się nimi na kilkanaście minut! A to w jej przypadku ogromny sukces.  Przepis na ciasteczka jest bardzo szybki i prosty. Do 3 ubitych na sztywno białek delikatnie mieszając dodajemy 3 żółtka.  Następnie dosypujemy 3/4 szklanki mąki ryżowej. Według uznania dosładzamy masę syropem klonowym lub daktylowym. Formujemy ciasteczka i  wykładamy na  papierze do pieczenia. Całość ląduje w rozgrzanym do 180 stopni piekarniku na około 10 minut. Gotowe!  Kilka ciasteczek zniknęło a reszta w szczelnym pojemniku czeka na kolejne podanie.




Jutro spróbuję ciasteczek z mniejszą ilością żółtek a zamiast mąki ryżowej użyję mąki kukurydzianej.

Miłego dnia. Przesyłamy słoneczko tam gdzie go nie ma.

sobota, 26 września 2015

BLW


Pewnego dnia przychodzi moment , w którym każdy rodzic musi otworzyć nowy rozdział w życiu swojego dziecka.  Mowa o podaniu pierwszego stałego posiłku  i stopniowemu wprowadzaniu  nowych rzeczy do diety maluszka. W naszym przypadku przygoda z nowymi posiłkami rozpoczęła się kilka dni przed ukończeniem przez Klarę szóstego miesiąca. Wiele osób pytało mnie dlaczego tak długo zwlekałam z podaniem dziecku czegoś innego niż moje mleko. Odpowiadałam zwięźle i stanowczo, że Światowa Organizacja Zdrowia przez sześć pierwszych, pełnych miesięcy życia dziecka zaleca karmienie WYŁĄCZNIE piersią. Oczywiście inne wytyczne stosuje się u dzieci karmionych mlekiem modyfikowanym (w tym przypadku dietę można rozszerzać już od 4 miesiąca życia dziecka). Sześć miesięcy czekaliśmy nie tylko z tego powodu. Aby podać dziecku pierwszy stały posiłek, musi być ono na to gotowe. Gotowość tą wyznacza kilka cech. Między innymi samodzielne (lub z lekką pomocą) siedzenie, chwytanie, przyciąganie i celowanie przedmiotami do ust. U Klary zaobserwowaliśmy to szybciej, jednak postanowiliśmy zastosować się do zaleceń WHO. W naszym przypadku już w trakcie ciąży zapadła decyzja na temat metody karmienia dziecka. Mimo wielu sprzeciwów ze strony najbliższych udało nam się wytrwać w tym  postanowieniu. Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej metodzie, wydała mi się zwyczajnie ciekawa i godna uwagi. Dopiero kiedy pojawiła się Klara i zaczerpnęłam trochę wiedzy na ten temat, byłam w stu procentach pewna, że tylko w ten sposób będę ją karmić (a raczej pozwolę jej się karmić). :)


Czym jest BLW ?

Baby Led Weaning to metoda wprowadzania stałych posiłków do diety dziecka.  Metoda ta pozwala dziecku sterować tym procesem poprzez użycie własnego instynktu i umiejętności. Dziecko uczy się samodzielnie jeść od pierwszego zetknięcia ze stałym pokarmem. Udowodniono, że BLW ma ogromne znaczenie dla rozwoju dziecka.

W książce "Bobas lubi wybór" autorstwa Gill Rapley i Tracey Murkett znalazłam wiele cennych wskazówek, rad oraz zalet BLW, które utwierdziły mnie w mojej decyzji. Wymienie kilka moim zdaniem najbardziej przemawiających zalet tej metody.

1. Każde dziecko samo zaczyna raczkować, chodzić i mówić, dlatego oczywiste jest że samo nauczy też się jeść. Nie ma potrzeby ingerowania w te umiejętności. Należy dać dziecku możliwość samodzielnej nauki zarówno raczkowania, chodzenia, mówienia jak i jedzenia. Każda z nich przyjdzie w swoim czasie.

2. Karmienie metodą BLW niesie za sobą o wiele mniej potencjalnych niebezpieczeństw niż karmienie łyżeczką. Podając pokarmy łyżeczką zaburzamy rozwój umiejętności żucia, a co za tym idzie zaburzamy również rozwój mowy i właściwego bezpieczeństwa jedzenia. Przy metodzie BLW nie musimy się o to martwić.

3.  Poprzez BLW dziecko ćwiczy koordynację ruchową, poprawia zręczność, przygotowuje mięśnie twarzy do nauki mówienia,  angażuje wszystkie zmysły i pozwala zrozumieć otaczający je świat.  Rozwija również pewność siebie i wiarę we własne możliwości (to dla mnie szczególnie ważne gdyż mi tego brakuje).

4. Samodzielne ukształtowanie nawyków żywieniowych przez dziecko pozwala na kontrolę nad tym co i ile je. Co za tym idzie skutecznie przeciwdziała otyłości.

5. Rzadziej zdarza się odmawianie i wybrzydzanie przy jedzeniu ponieważ dziecko od razu uczy się jeść normalne jedzenie. Etap papek ( z którego w późniejszym wieku dziecko musi przejść na  coś konkretnego) jest omijany.

Myślę, że tych pięć istotnych zalet metody BLW pozwala zobrazować jak bardzo godna uwagi jest ta opcja karmienia. Zadajecie sobie pewnie pytanie czy metoda ta posiada jakieś minusy. ;) Owszem ! Aż dwa! O ile można nazwać je minusami. Jeden z nich to towarzyszący posiłkom bałagan a drugi obawy innych. Aby je rozwiać polecam przeczytanie wcześniej wspomnianej przeze mnie  książki.



Jak u nas wyglądały początki? Był niezły ubaw, był też strach, mnóstwo zabawy i  bałaganu. Pierwsze dni były trudne. Oczywiście nadal są bo nauka samodzielnego jedzenia może potrwać nawet kilka miesięcy. Początkowo należy uzbroić się w cierpliwość i czekać aż dziecko zacznie pokarmy traktować jako coś innego niż zabawki. Do całego procesu trzeba też nabrać sporo dystansu i przede wszystkim nie martwić się czy nasze dziecko wystarczająco się najada i czy dostarcza sobie odpowiednią ilość wartości odżywczych. Na początku oczywiście dziecko nic nie zje a tylko się pobawi, nie dostarczy też żadnych wartości, bo nic tak naprawdę nie trafi do jego żołądka. Spokojnie to nic strasznego. Nie bez powodu wprowadzanie pokarmów do diety dziecka jest nazywane odstawieniem. Polega ono na stopniowej zamianie mleka matki czy mleka modyfikowanego na coś innego. W pierwszych miesiącach tej zamiany nie należy się martwić, gdyż wszystko czego dziecko potrzebuje przekazywane jest nadal w mleku. Nasza przygoda z BLW trwa dopiero dwa tygodnie a Klara posmakowała już wielu rzeczy. Między innymi gotowanych na parze marchewki, selera, pietruszki,  kalafiora, brokuła, ziemniaka. A Także surowego banana, jabłko,  gruszkę, brzoskwinię i malinkę. Oprócz tego w ruch poszły chrupki kukurydziane, ciasteczka orkiszowe i kilka razy bułeczka pszenna. Jutro w planach mamy przyrządzenie domowych biszkoptów.

Szczerze zachęcamy do bliższego zapoznania się z tą metodą wprowadzania pokarmów i wdrożenia jej w życie. Gwarantujemy mnóstwo zabawy!

Całujemy!

piątek, 25 września 2015

Jesień!

Początek jesieni a wczoraj pogoda piękniejsza niż niejednego wiosennego dnia. Wyruszyłyśmy w poszukiwaniu jesiennych widoków. Niestety w miejscu które wybrałyśmy znalazło się tylko jedno jedyne drzewo na którym liście były żółte. Wszędzie wokół zieleń! Trawka zielona, drzewa zielone, krzaczki zielone. Gdzie ta jesień ? Nici ze zdjęć ? Kilka ujęć udało się cyknąć, chociaż typowo jesienne klimaty to nie są. Powyżej zdjęcie z dzisiaj, które nadal pozostawia niedosyt. Mam nadzieję, że za kilka dni drzewa zaświecą jesiennymi barwami i zanim liście opadną uda nam się zrobić kilka sesji.

Uwielbiam jesień, to moja ukochana pora roku. Dlatego tak bardzo jej wypatruje. Lubię kiedy jest chłodno na dworze. Lubię zakładać ciepłe swetry, kardigany, płaszcze i żakiety. Najwygodniej chodzi mi się w botkach. Płaskich, na lekkim koturnie czy na niskim obcasie. Jesień to idealny czas  na noszenie tego typu garderoby. Taki styl wydaje mi się spójny z moją osobą. To zdecydowanie moje klimaty. Właściwie tylko jesienią czuję się dobrze w tym co zakładam. Nie wiem czy wyglądam w tego typu rzeczach fantastycznie, ale zdecydowanie tak się czuję. :) Odcienie beżu, brązu, szarości, pudrowy róż i czerń to kolory bliskie memu sercu. Moja szafa jest wypełniona w większości tymi kolorami a jesienią właśnie one idealnie pasują do otaczającej aury.

Astronomiczna jesień jest, są i choroby, przeziębienia ale też czas na przeczytanie książki. Aktualnie wieczorami kończę czytać książkę związaną z tematyką poruszoną w poprzednim akapicie. Trafiłam na nią zupełnie przypadkiem na Instagramie. Kilka osób ją polecało. Rzeczywiście jest godna polecenia. Już po przeczytaniu pierwszych kilkudziesięciu stron zupełnie zmienił się mój pogląd na temat mody, garderoby, szafy i zakupów. Dzięki tej książce kilka dni temu pozbyłam się dwóch pełnych ubrań pudeł i mam nadzieję że na tym nie koniec. Szczerze polecam "Slow Fashion" Joanny Głogaza. Autorka prowadzi najbardziej znanego bloga w Polsce o tematyce slow fashion (Style Digger) W książce skutecznie przekonuje, że każdy ma swój styl i powinien go pielęgnować. Co ważne opowiada dużo o tym, że nie warto ulegać zmieniającym się co sezon trendom. Naprawdę książka jest godna uwagi. Na pewno każda zakupoholiczka, szukająca własnego stylu czy niepanująca nad chaosem w swojej szafie kobieta powinna tę książkę przeczytać.

Każdą porę roku rozpoczynam z postanowieniem. Oczywiście nie zawsze uda mi się zrealizować wszystkie plany ale tej jesieni mam nadzieję, że będzie wyjątkowo dobrze pod tym względem. Do końca roku kalendarzowego mam w planach zaprowadzić zupełny porządek w swoich szafach, zredukować swoją garderobę do absolutnego minimum i pozbyć się niepotrzebnych, zajmujących duuużo miejsca rzeczy. Koniec z chomikowaniem !

Tym akcentem skłaniam do refleksji i wyciągnięcia istotnych wniosków.
Powodzenia! Trzymam kciuki za Was i za siebie.

Pozdrawiamy słonecznie!